luczniczka
tablica

21 stycznia 2021

MISJA NNCS, KOREA 1953 – KOL. TADEUSZ WĄSOWSKI

WSPOMNIENIA  Z  1 POLSKIEJ MISJI ROZJEMCZO – POKOJOWAEJ       PANMUNDŻON 1953 ROK

Ponieważ bardzo mało wiadomości jest w społeczeństwie na temat 1 Polskiej Misji Rozjemczo – Pokojowej na Dalekim Wschodzie , chciałbym przypomnieć co się działo przed 56-laty.

Epizod Syberyjski

Wspomnienia sprzed pół wieku członka 1-ej Misji Pokojowej ONZ na Dalekim Wschodzie.

Był to rok 1953, mówiło się jedziemy na Okęcie. Przy ulicy Żwirki i Wigury , obok pułku łączności była zakwaterowana Jednostka Specjalna. W tej jednostce przygotowywaliśmy się do pełnienia misji rozjemczo-pokojowej na Dalekim Wschodzie – w Korei Północnej i Południowej.

Na dowódcę został wyznaczony gen. bryg. Mieczysław Wągrowski. W drugiej połowie lipca 1953r w Warszawie podstawiono transport składający się z wagonów sypialnych, towarowych i platform. Załadowano niezbędny sprzęt, wyżywienie, samochody ciężarowe, terenowe łaziki, motocykle Jawa oraz 4 Warszawy osobowe należące do sztabu dowództwa, poczciwe garbusy.

Przed nami trasa 12.000 kilometrów. Wyruszyliśmy w drogę. Na granicy polsko-rosyjskiej trzeba było przeładować sprzęt na szeroki tor. Dwa plutony wojska rosyjskiego do przeładunku. Wprowadzono dwa transporty obok siebie, w środku wąska rampa. Wąski i szeroki tor , dwa transporty objęły dźwigi ramowe na torach. Rzeczywiście przeładunek sprzętu odbył się całkiem sprawnie. Wyruszyliśmy w drogę , jedziemy ale jeszcze nic nie jest pewne bo rozejm nie jest jeszcze podpisany. Jedziemy do Moskwy. W Moskwie trzeba załadować kilkanaście radiostacji na Gazach 51. W Moskwie przerwa 2 dni na załadunek i zwiedzanie miasta. Z Moskwy wyruszamy w daleką drogę , która będzie trwała trzy tygodnie na kołach pociągu, droga daleka i nudna. Przejeżdżamy przez Góry Jabłonowe, w każdym wagonie jest dozorca , który pilnuje, zamyka drzwi i okna, których samemu nie można otworzyć.  Miało to swój sens, w Górach Jabłonowych jest dużo tuneli. W niektórych pociąg jechał 20 minut i więcej. 

Jak minęliśmy góry pociąg wjechał na pierwszą stację i pierwszą czynnością było mycie wagonów. Przez okna nic nie było widać, jedna czarna maź po spalinach parowozu. Nasze samochody tak wyglądały , że tylko „usiąść i płakać”. Jedziemy już prawie 2 tygodnie, od czasu do czasu przez „kołchoźniki” są komunikaty do przestawiania zegarków, ponieważ przekraczamy kolejne strefy czasowe.

Na koniec różnica czasu wynosiła 8 godzin. W wagonach sypialnych się nudzi , więc wychodzimy na platformy do swoich samochodów, jest świeże powietrze i widoki na wszystkie strony.

Piękna pogoda i świeci słońce. Dobrze nie pamiętam , ale zdaje mi się , że było to między Krasnojarskim Jeziorem Bajkał a Czitą. Pociąg jedzie wolno nasypem pod górę, w dole łąka. W odległości może 150 metrów od nas idzie człowiek z gitarą na plecach, rozpoznał polskich żołnierzy, w polskich mundurach, rogatywkach. Zaczyna biec i krzyczeć , panowie dokąd jedziecie, odpowiadamy , że na Daleki Wschód. Stanął i krzyczy – panowie ja jestem z Łodzi. Nas zatkało , zmilkliśmy wszyscy, zanim oprzytomnieliśmy pociąg był już daleko, nic temu zesłańcowi nie daliśmy, a mieliśmy papierosy , cukierki i czekolady. Do dziś pamiętam smutek na jego twarzy, gdy mijały go ostatnie wagony naszego transportu. Przez długi czas nie mogliśmy sobie tego darować. Kto wie jak długo on tam przebywał….

Na granicy rosyjsko-chińskiej przeładunek na wąski tor, żadnych środków technicznych , masa ludzka zrobiła swoje. Sprawnie nas przeładowano.

Do Mandżurii przybyliśmy 7 sierpnia 1953r, gdzie czekała na nas wielka feta. Przyjęcie przez chińczyków wspaniałe. Potem rozdano wszystkim pocztówki żeby napisać do domu. Po napisani pocztówki zabrano by wysłać je do domu. Po tej podróży pierwsza łaźnia i wspólna kąpiel. Byliśmy w innym świecie , nawet zapach jest tam inny. Za kilka dni byliśmy w Kesongu i Panmundżonie .

Misja w Korei

Zakwaterowano nas w okolicach Kesongu , ok.12 km od Panmundżonu, na 38 równoleżniku, wzdłuż którego biegła linia demarkacyjna pomiędzy Koreą północną a Południową.

W Panmundżonie gdzie odbywały się narady, stał barak , w nim okrągły stół , całość przedzielona białą taśmą. Po obu stronach siadali przedstawiciele obu stron. Misja ONZ spełniała tu rolę arbitra w sporze. Przedstawiciele misji  reprezentowani byli przez Polaków  (w liczbie ok.250 osób łącznie), Czechów, Szwedów i Szwajcarów. Przedstawiciele misji ONZ na linii demarkacyjnej ustalali zasady i szczegóły wymiany jeńców, utrzymania rozejmu i porządku oraz wyjaśniano powstałe incydenty na linii rozejmu. Byli też Hindusi, którzy spełniali funkcję żandarmów rozejmu i bezpośrednio nadzorowali kontakty pomiędzy Północą a Południem- np. wymianę jeńców i ochronę porządku. Gen. Wągrowskiemu formalnie podlegała też jednostka czeska. Byliśmy zakwaterowani po stronie północnej.

Kontakty z ludnością były bardzo pozytywne. Koreańczycy dbali byśmy dobrze się czuli. Organizowane były wspólne zabawy, wizyty w szkołach.

Samych Amerykanów nie widziałem, były natomiast wymiany jeńców północnokoreańskich na południowych i odwrotnie.

I tu ciekawostka . Amerykanie ubierali jeńców z północy w mundury i buty, by jakoś wyglądali i przekazywali Hindusom. Ale gdy przywożono ich na granicę, ci zrzucali z siebie wszystko, nie chcąc niczego przyjąć od „amerykańskich drani”. Zostawali tylko w kąpielówkach. Robili to z własnej woli, tak wychowani przez reżim z północy. „Kultu jednostki” jeszcze wówczas nie było tak widać, to zaczęło narastać w późniejszych latach. Dopiero co zakończyły się walki, wszędzie była wielka bieda. Za to bardzo nas pilnowali. W sensie, że niczego nam nie brakowało, nic nie ginęło, ale także i w innym celu. Na odcinku 12 km od Kesonu do Panmundżonu tj. 12km, było aż 10 posterunków kontrolnych.

Sama misja dla mnie jako młodego chłopaka, była wielką i atrakcyjną przygodą. W tych czasach umożliwiła mi zwiedzenia kawału świata. W drodze powrotnej zwiedziliśmy Pekin, Szanghaj, Moskwę. A  o gen. Wągrowskim mam sympatyczne wspomnienia. Był wówczas człowiekiem starszym, ale rozumiał potrzeby młodych i dbał o nas. Dziś w miasteczku, w którym mieszkam jest nawet ulica nazwana imieniem naszego dowódcy –  gen. Wągrowskiego.     

Obecnie jestem w Stowarzyszeniu Kombatantów Misji Pokojowych ONZ w Bydgoszczy. Mam dwoje dzieci, czworo wnuków i dwóch prawnuków, więc jestem pradziadkiem „na chodzie”  i nadal jeżdżę samochodem.

Przedstawiam też kilka pamiątek, w formie zdjęć i kopii pocztowych , z tamtego okresu.

Równocześnie proszę kolegów , którzy byli wtedy ze mną na misji , o kontakt. Dotychczas, przez te ponad pół wieku, nie udało mi się nikogo spotkać spośród uczestników tamtej misji.

Kierowca generała Mieczysława Wągrowskiego – starszy sierżant Tadeusz Wąsowski.

Mój adres :

Tadeusz Wąsowski